Motorodzinka kontratakuje!

Załatwiła nas zima, której nawet nie było…

W tym roku polegliśmy. Na amen. W ciągu trzech ostatnich miesięcy, w aptece zostawiliśmy ponad 600 zł, nieskutecznie leczyliśmy się 2 antybiotykami, a ilość minut spędzonych na świeżym powietrzu w czasie „kurowania”, kurczyła się proporcjonalnie do ilości zużywanych przez nas chusteczek higienicznych.

 

Tymek powoli zaczynał zapominać jak wyglądają koledzy z klasy 😉 a my marzyliśmy o powrocie do łóżka chwilę po tym, jak udało się z niego wstać. W pewnym momencie stanęliśmy więc przed wyborem: zapadamy w sen zimowy, pozwalając by nasze życie nadal zapętlało się wokół kolejnych wizyt w przychodni, lub bierzemy się w garść i obmyślamy plan walki. Decyzja była błyskawiczna: Motorodzinka kontratakuje!

Każdy strateg wojenny wie, że jeśli kontratak ma być skuteczny, trzeba dobrze przygotować plan walki i wyciągnąć najcięższe działa. Jesteśmy więc w trakcie szturmu, z którego nie zamierzamy wyjść inaczej, jak pokonawszy wroga, rozwalając go na łopatki.

Wiedząc, że przeciwnik mówi raczej po łacinie, zdradzamy Wam ściśle tajny plan ataku:

– Zero biadolenia i marudzenia. Lata świetlne temu próbowałam pisać magisterkę o narzekaniu u prof. Bralczyka. Ciężki to temat i lepiej zająć się czymś innym.

– Kończymy z kiszeniem się w domu. Kaszel i katar nie przeszkodzą nam już w codziennych spacerach. Tlen to podstawa. Bez niego w naszych żyłach zacząłby w końcu płynąć wyłącznie Ibuprofen.

– Pod osłoną nocy, w kuchennych okopach przygotowaliśmy wybuchową miksturę, łączącą składniki, które mogą zadziałać w dwójnasób: albo zabić (prędzej tych, co do nas podejdą), albo wzmocnić. Tony czosnku, kilogramy cytryny, miód i cynamon. Zażywamy codziennie, zaciskając pięści. Trzeba być twardym, a nie miękkim. To jest wojna!

– Wracamy do zaniechanych przez chorobę codziennych ćwiczeń. Z zatkanymi zatokami bardzo się nie chce. Ten rodzaj broni jest największego kalibru. Ale dobrze wiemy, że „w zdrowym ciele, zdrowy duch” – i odwrotnie, kiedy wzrasta motywacja i postanawiamy się „wziąć za siebie”, ciało szybciej się regeneruje. To naprawdę działa. Już w ubiegłym roku przekonaliśmy się, że nic tak nie pomaga na uporczywy, długotrwały kaszel, jak oczyszczenie płuc dzięki regularnemu bieganiu!

– Zmiana sposobu myślenia. Już nie zastanawiamy się „czy Tymek wyzdrowieje i będzie mógł pojechać na Białą Szkołę?”, tylko działamy tak, by wyzdrowiał i po prostu na nią pojechał.

– Pilnujemy, by dom był dobrze wywietrzony, a temperatura nie przekraczała 21 stopni. Mamy przyjaciół, którzy jeszcze przy 18 st. chodzą po domu boso – szacun, ale my jeszcze musimy do tego dojrzeć…

– Codziennie przygotowujemy sobie owocowe koktajle, im bardziej kwaśne i napromieniowane witaminą C, tym lepiej. 2/3 z nas nie cierpi kiwi. Ale na wojnie nie ma mazgajów.

– Staramy się ograniczać słodycze. Trudne to niemiłosiernie, bo zakichane życie człowiek potrzebuje sobie dosładzać. Wańkowicz miał rację: cukier krzepi. Nie dodał tylko, że zakwasza też organizm i obniża naszą odporność. Obawiam się, że piszę to wyskrobując resztki czekoladowego Monte. Przysięgam, że to już ostatnie!

– Między bajki i mity wkładamy cudowne działanie gorącej herbaty z cytryną czy sokiem malinowym, podobnie jak gorącego mleka z miodem. To jasne jak słońce, którego dawno nie widzieliśmy, że witamina C niechybnie ginie w zetknięciu z wysoką temperaturą. Zatem wykreślamy słowo „gorące” i mamy skuteczny sposób na przyspieszenie powrotu do zdrowia.

Na wojnie niestety zdarza się nadepnąć na minę. I nas spotkało poważne niebezpieczeństwo, które dzięki Bogu udało się zażegnać. Otóż przygotowaliśmy jeszcze jedną miksturę, o której skuteczności i cudownym, rozgrzewającym działaniu słyszeliśmy już dawno. Mowa o domowym syropie, na bazie dużej ilości świeżego imbiru. To naprawdę fantastyczny detoks, ale… nie dla wszystkich. Pojęcia nie mieliśmy, że jedno z nas jest bardzo uczulone na ten korzeń. Opuchnięta twarz, język i intensywna wysypka o 3 w nocy. Na szczęście w aptece dostępne są leki na podobne „atrakcje”. Wiemy już, że ta broń jest nie dla nas. Dlatego przestrzegamy: z imbirem postępujcie ostrożnie. Przed użyciem zapoznajcie się z treścią ulotki załączonej do opakowania. Internet to taka sporawa ulotka, ale w chorobie ma się dużo wolnego czasu 😉

2 Komentarzy

  • Monika W.

    Dorotko Ty masz dość przy chorobie jednego syna. Ja zmagam się ze sztafetą chorobową 3 panów (mini sztafeta) lub 5-cio osobową – wtedy padam i ja. Naturalna broń biologiczna stosowana u nas jest już od dawna ale z marnym skutkiem. Co prawda musimy przyznać się, że nie zawsze nam się chce kurować tymi specyfikami. Fizycznie i psychicznie to ja już leżę na deskach 🙁

    Styczeń 14, 2018 - 10:17 pm
    • Motorodzinka.pl

      Monika, wierzę Ci że to prawdziwa partyzantka! Tym bardziej, że wszystkie wiemy jak to jest z chorowaniem facetów… 😛 (bez obrazy, Panowie – tak sobie tylko plotkujemy!) Trzymam kciuki za Wasz mega szybki powrót do zdrowia i dobrej kondycji! Pocieszające jest to, że niedługo wiosna… 😉

      Styczeń 15, 2018 - 2:14 pm

Zapraszamy do komentowania :)

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.