„Optymistyczny, inspirujący blog pisany przez rodzinę dla rodzin”

Wielkopolska w jeden weekend

To po prostu nie do zrobienia. Czy ktokolwiek jest w stanie otworzyć jajko z niespodzianką i zadowolić się zabawką bez zjedzenia czekolady? Tak samo niemożliwe jest być na targach poznańskich i oprzeć się miastu!

Wyjeżdżając z Gdańska  nastawialiśmy się przede wszystkim na zwiedzanie największych samochodowych targów w Polsce, a że targowy metraż do obejścia był naprawdę imponujący (50 tys. m2), nie zakładaliśmy nadrabiania zbyt wielu dodatkowych kilometrów poza trasą: targi – parking – hostel, lekko powątpiewając we własną pozimową kondycję ; )

Tym razem nie było żadnego planowania. Zostawiliśmy sobie luksus decydowania na bieżąco co będziemy robić, gdzie i w jakim zakresie, uzależniając  to od rezerw sił, jakie nam zostaną po intensywnym dniu w towarzystwie najpiękniejszych samochodów świata i atrakcji towarzyszących imprezie.

Pomyślimy o tym jutro…

Czasem dobrze jest wcielić w życie filozofię Scarlett O’Hara z legendarnej powieści „Przeminęło z wiatrem” (a wiatr w Poznaniu szalał niczym w Kieleckiem), czyli nieśmiertelne „pomyślę o tym jutro”.  A kiedy przyszło „jutro”, nie było nawet mowy o tym, by ograniczyć się do wspomnianej zabawki, gdy czekoladę mamy na wyciągnięcie ręki! Poznań kusi i nie daje spokoju, lepiej z tym nie walczyć i pokornie dać się wciągnąć w wir przeciągających się w nieskończoność spacerów.

Motorodzinka w pełnej krasie

W mieście trykających się koziołków (śmiertelnie się na nie obraziliśmy, ale o tym potem) spędziliśmy dwa dni, ale ze względu na targi w grę wchodziło tylko wieczorne zwiedzanie miasta. Wbrew naszym przypuszczeniom, Poznań nocą tętni wręcz życiem a Rynek zalewają tłumy randkowiczów i rozbawionych studentów. Wesoło tu i gwarno, a niezliczona ilość pubów i ulicznych ogródków robi imponujące wrażenie. Tak, ogródków. Ubawił nas widok  kelnerów gorączkowo ścigających uciekające na wietrze parasole. Restauratorzy postanowili,  że nadeszła już wiosna i niezależnie od panującej aury najwyższy czas wyjść na ulice. Jakże w tej sytuacji my mielibyśmy tkwić w hotelu? Ktoś musiał pomóc w łapaniu tych parasoli ; )

Nocne spacery po Rynku były wprost magiczne. Poznań dał się nam poznać od swojej tajemniczej i dość romantycznej strony, nie wiem czy wtedy zamienili byśmy te urocze uliczki na ich paryskie czy mediolańskie odpowiedniki. Nie przeszkadzało nam nawet to, że wszystko było zamknięte, rzecz jasna poza wspomnianymi lokalami obleganymi przez studentów, ale te nie zostały otwarte z myślą o rodzinach ; ) Zatem nie żałowaliśmy, że możemy przyjrzeć się miastu jedynie „z zewnątrz” – ale tylko do czasu. Mianowicie, snując się wśród kamieniczek, natrafiliśmy na miejsce, które według Tymka absolutnie powinno być otwarte 24 godziny na dobę i wielki był jego zawód, gdy zorientował się, że nie może wejść do środka! Powiem więcej, przez wzgląd na nie, poprzysięgliśmy sobie możliwie prędko wrócić do Poznania i swoje pierwsze kroki skierować tu właśnie. Mowa o muzeum. Ale nie byle jakim muzeum. Wprawdzie stan budynku woła o pomstę do nieba, ale tego, co można zobaczyć w środku, nie sposób minąć obojętnie, a witryna uchyla sporego rąbka tych niesamowitości. Wielkopolskie Muzeum Wojskowe mieści się w samym sercu Starego Rynku. Jak zdążyliśmy się zorientować z plakatów a potem buszując w Internecie, ekspozycja obrazuje rozwój polskiego uzbrojenia od XI w. do czasów współczesnych. Możecie sobie wyobrazić oczy Tymka, gdy przez szklaną szybę wypatrzył zbroję husarską i lśniące miecze, odbijające światła ulicznych latarni! Stał jak sparaliżowany… Poznaniu, solennie Ci przyrzekamy wrócić tu niechybnie, by nasycić się twymi zbiorami!

 

Poznańskie koziołki, czyli jak „urządzenie błazeńskie” robi z turysty błazna…

Jedno jeszcze nie daje nam spokoju. Legendarne koziołki nie chciały się na naszych oczach tryknąć! Ba, nie raczyły wyjść do nas nawet, mimo iż gapiliśmy się na drzwiczki ratuszowej wierzy wytężając wzrok do granic możliwości. Dopiero potem dowiedzieliśmy się, jak nieskore są te stworzenia do wychodzenia na zewnątrz więcej niż raz jeden w ciągu dnia. Upodobały sobie w godzinie dwunastej i poza tym jednym momentem nie zawracają sobie swoich rogatych głów żadnymi wygłupami. Nie wiedzieć czemu, przeświadczeni byliśmy, że czynią ten zaszczyt wobec zgromadzonej publiki o każdej pełnej godzinie. Okazało się więc, że osoby, które stały z nami pod ratuszem nie zerkały na blaszane drzwi wypatrując zwierzynę, a sprawdzały czas na zegarze, czekając na przybycie swoich drugich połówek. Ratusz pod koziołkami jest bowiem jak Rotunda w Warszawie (rozbierają bidulkę właśnie!) czy gdański Neptun na Długiej. Tu umawiają się zakochani i starzy znajomi by wyruszyć w głąb miasta, zdającego się żyć po zmroku swoim drugim życiem. Jeszcze tu wrócimy! Jeszcze w samo południe trykniecie się dla nas! (to apel do koziołków, nie poznańskich studentów, rzecz jasna). A póki co, Tymek znalazł – o koziołki! – wasze podobizny w witrynie pewnej uroczej księgarni. Jaka szkoda, że i ona była zamknięta! Ach, móc pobuszować po rynkowych sklepikach i antykwariatach… zwiedzanie miasta nocą jest tyleż samo fascynujące co frustrujące!

 

Ale zacznijmy od początku…

W drodze do Poznania, na jednym z postojów zaprzyjaźniliśmy się z ekipą truckersów, którzy – podobnie jak my – zmierzali na targi Motor Show, gdzie co roku odbywa się zlot tuningowanych ciężarówek. Ostatnie kilometry podróży pokonaliśmy więc w doborowym towarzystwie, manewrując pomiędzy mrocznym Darthem Vaderem, Wikingiem – władcą mórz, czy siejącym postrach Ghost Riderem! Wśród tych ryczących bestii, radośnie szczerząc zęby pomykał również Złomek we własnej osobie. W Poznaniu spodziewał się spotkać czerwone ferrari, zapewnialiśmy go wszyscy, że powinno mu się udać…

Żółwie alternatywą dla wyścigówek

Raz jeden udało nam się za dnia oderwać wzrok od władców dróg i potęgi zaklętych w ich wnętrzach koni mechanicznych. Na kilka godzin opuściliśmy targi Motor Show, udając się dzięki zaprzyjaźnionej miejscowej rodzince do miejskiego Zoo, zwanego „Starym”. Rewelacyjne miejsce – jeden wielki wybieg dla dzieci! Zdecydowanie polecamy je Waszej uwadze, gdy zechcecie nadrobić zaległości w gromadzeniu tlenu, korzystając z darmowych atrakcji polegających na wypatrywaniu pomarańczowego królika, przyglądaniu się lemurom, żółwiom, dzikim świniom, małpom i Bóg jeden wie czemu jeszcze ; ) A wszystko to w otoczeniu placów zabaw, parku linowego i dużej ilości zielonych terenów.

Kosma, Tymek i ich ujarzmiony wilk, czyli Stare Zoo w Poznaniu.

Po targach targały nami wielkie emocje (ilość koni mechanicznych, z jakimi w tym czasie się zetknęliśmy, pozwoliłaby na swobodny wykop w kosmos), byliśmy już mocno potargani i przytargaliśmy nieskończoną ilość zdjęć by potem żyć wspomnieniami. To wszystko jednak nam nie wystarczyło. Postanowiliśmy targnąć się na coś jeszcze! Nie sposób być w tym rejonie Polski i ominąć dwa miejsca, które stanowią jej sedno i są polskości prapoczątkiem. Nie sposób, zwłaszcza jak się wiezie na tylnym siedzeniu wielkiego patriotę, który domaga się by przed snem mu czytać o polskim rycerstwie, królach, bitwach i o żołnierzach, co życie za kraj oddawali. Wielkiego głodu wiedzy o historii nie zaspokoiło usadowienie się za kierownicą Arrinery Hussarii. Po targach przyszedł zatem czas na ciąg dalszy.

 

Gniezno – miasto siedmiu wzgórz

Z ogromnym zaciekawieniem pojechaliśmy do Gniezna, pierwszej stolicy Polski, która podobnie jak Rzym zbudowana została na siedmiu wzniesieniach. Największym z nich jest Wzgórze Lecha, legendarnego protoplasty miasta i polskiej państwowości.  Na tym wzgórzu wznosi się Katedra Gnieźnieńska, w której znajdują się słynne Drzwi Gnieźnieńskie, przedstawiające życiorys św. Wojciecha. W podziemiach katedry można zobaczyć najstarszy w Polsce napis nagrobkowy z ok. 1006 r., a także fragmenty murów bazyliki Mieszka I. Tu historię dotyka się namacalnie!

Przez Gniezno przebiega kilka szlaków turystycznych: Szlak Piastowski, Szlak Romański, Wielkopolska Droga św. Jakuba  oraz Szlak Pałaców i Dworów Powiatu Gnieźnieńskiego. Jest to region, w którym można spędzić wiele dni i ani przez chwilę się nie nudzić. Mając jednak niewiele czasu, musieliśmy ograniczyć ilość zwiedzanych miejsc, ale pewnego dnia na pewno nadrobimy zaległości : )

Zdecydowanie polecamy wizytę w Muzeum Początków Państwa Polskiego. Fantastyczne zbiory – ślady dziedzictwa polskiego średniowiecza i historii Gniezna to sprawy ważne i poważne, ale dzięki temu, że muzeum jest bardzo nowoczesne i przyjazne, całą propagowaną przez nie wiedzę z przyjemnością chłoną nawet kilkuletnie dzieci.

Duże wrażenie robią na zwiedzających świetnie przygotowane filmy 3D, przedstawiające początki państwa polskiego, wyświetlane na dużych ekranach multimedialnych. Zwiedzanie ułatwiają aplikacje mobilne, a po jego zakończeniu w jednej z sal wystawowych można zagrać w wielką grę rodzinną, sprawdzającą zdobyte informacje. Świetna zabawa!

Muzeum realizuje przeróżne projekty i warsztaty, dzieje się tu dużo fajnych rzeczy, dlatego warto zaglądać na ich stronę. Trzeba też wspomnieć, że dzieci do 7 r.ż. mają do muzeum wstęp wolny.

Biskupin – pomnik polskiej historii

Do Biskupina (woj. kujawsko-pomorskie) dotarliśmy głodni, przekonani że tutejsza infrastruktura turystyczna na pewno zaspokaja wszystkie potrzeby przyjezdnych. Niestety, na miejscu okazało się, że poza „sezonem”, zwiedzający zdani są na samych siebie. Nie dane nam było zasiąść za stołem biesiadnym tutejszej karczmy, która latem tętni życiem i wokół której aż roi się od atrakcji dla dzieci. Okazało się, że nawet toalety na terenie muzeum są nieczynne. Na nic się zdały również poszukiwania choćby automatu z batonami. Pani w kasie ze smutkiem pokiwała tylko głową, informując, że poza sezonem tu nic nie ma. A więc turysto, bileciki są w sprzedaży, zwiedzać owszem można, ale jeśli nie zdążyłeś zjeść obiadu, musisz wrócić do Gniezna, albo zdecydować się na zwiedzanie przy akompaniamencie własnych kiszek i pomrukiwań swojej latorośli. Bardzo szkoda, bo pierwsze wrażenie jest naprawdę ważne, a my poczuliśmy się tu jak intruzi, którzy przyjechali kilka tygodni za wcześnie i w związku z tym muszą sobie radzić sami. Tymczasem ze stron internetowych, z których czerpaliśmy informacje o muzeum, wynika że jedyne czym powinien martwić się zwiedzający, to czy na pewno starczy mu czasu, by skorzystać ze wszystkich oferowanych udogodnień i atrakcji. Nasze potrzeby ograniczały się tylko do zjedzenia zapiekanki i skorzystania z toalety, co jednak było poza zasięgiem możliwości. Nie ma sezonu, nie ma problemu?

– Nie odpuszczamy! – postanowiliśmy i mimo wszystko nabyliśmy bilety by zwiedzić gród. Z minuty na minutę Tymek stawał się coraz bardziej wniebowzięty. Osada w Biskupinie wiąże się z kręgiem kulturowym kultury łużyckiej, trwającym od środkowej epoki brązu, od ok. XIV w. p.n.e., po wczesną epokę żelaza, czyli do ok. V w. p.n.e. Pamiętamy to miejsce z naszych wycieczek szkolnych i bardzo chcieliśmy je pokazać naszemu synowi. Rzeczywiście, ogromne wrażenie zrobiło na nim to, co zobaczył! Jego wyobraźnię mocno poruszyły wioska wczesnośredniowieczna, chaty neolityczne z epoki kamienia, czy „długi dom” z niewielką wystawą poświęconą „epoce pierwszych rolników”. Największy zachwyt wywołało jednak w Tymku słynne na całym świecie stanowisko archeologiczne – osiedle obronne ludności kultury łużyckiej, zwane polskimi Pompejami, z charakterystyczną bramą i falochronem. Z miejsca cofnęliśmy się w czasie o kilka tysięcy lat – zabawa była przednia! : )

W Biskupinie we wrześniu odbywa się coroczny Festyn Archeologiczny – wielka impreza poświęcona zwyczajom i historii związanej z pradawnymi czasami, z olbrzymią ilością atrakcji: warsztatów, pokazów walk, konkursów, wykładów i koncertów. W tym roku tematem przewodnim festynu będą „Bogowie wojny” (impreza odbędzie się w dniach 16-24.09.17) – polecamy Waszej uwadze to wydarzenie! Jeśli się zdecydujecie, warto rozważyć skorzystanie z możliwości noclegu na terenie osady w Domu Muzealnika – bardzo przystępne ceny i pewnie niesamowite wrażenie, trudno jednak o wolne miejsca nawet poza sezonem, o czym sami się przekonaliśmy.

Po ponad godzinnej tułaczce po osadzie przegraliśmy walkę z głodem ; ) trzeba więc było wrócić do czasów współczesnych, z wyimaginowanych  powozów przesiąść się do samochodu i udać się w drogę powrotną do domu. W naszej weekendowej wyprawie wiernie towarzyszyła nam Skoda Rapid Spaceback, którą testowaliśmy w długiej trasie. To sprytne auto rodzinne zrobiło na nas bardzo pozytywne wrażenie, niebawem podzielimy się z Wami szczegółami naszych testów! : )

Niestety, weekend trwa zbyt krótko by zaspokoić całą ciekawość i głód zwiedzania (ja znów o tym głodzie…), ale naszym zdaniem warto wycisnąć go jak cytrynę i choćby zerknąć, chociaż uszczknąć tego, co oferuje rejon, w którym się znaleźliśmy.  Świat jest zbyt piękny, by skupiać się tylko na przemieszczaniu się od punktu A do punktu B, z pominięciem tego, co znajduje się pomiędzy nimi – choćby na trasie E75.

TO RÓWNIEŻ MOŻE CI SIĘ SPODOBAĆ

0 Komentarzy

Zapraszamy do komentowania :)

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.