„Daleko jeszcze????”

Podróż z dzieckiem, czyli czego potrzebujesz, by nie zwariować

„Nudzi mi się!”, „niewygodnie mi!” i klasyk gatunku: „daleko jeszcze?! ” – jeśli kiedykolwiek podróżowaliście samochodem z dzieckiem, ten artykuł jest dla Was.

Według naukowców teleportacja póki co utknęła na poziomie kwantowym. Nie wiadomo czy kiedykolwiek powstanie technologia zdolna teleportować ludzi. Katastrofa! A mogłoby być tak pięknie…

Wobec braku możliwości pokonywania większych odległości w czasie krótszym, niż wypowiedzenie słowa „nuda”, najlepiej jest nigdzie się nie przemieszczać. Nie należy narażać się niepotrzebnie na utratę wewnętrznej harmonii i równowagi psychicznej. Jeżeli jednak drodzy Rodzice nie macie wyboru – powtarzam, jeśli jest to absolutnie nie do uniknięcia przy wykorzystaniu wszystkich dostępnych Wam środków zaradczych i MUSICIE wyruszyć w podróż, być może ten survivalowy poradnik sprawi, że w trakcie jazdy nie zmienicie nagle kierunku, gorączkowo wyszukując w GPSie najbliższego „wariatkowa”.

Po pierwsze i najważniejsze – zapomnijcie o wszystkich mądrych zasadach wychowawczych, stosowanych w warunkach pokojowych (wiadomo, w samochodzie jak na wojnie). Chwała Ci Rodzicu, jeśli Twoje dziecko z gierek lubi szachy a rozmowy o przekroju osiowym walca przedkłada nad kreskówki! Ale TU i TERAZ, w samochodzie, w którym próbujecie przetrwać, Waszym podstawowym celem jest… święty spokój.

Wiem, wzdrygacie się na samą myśl o podróży. Prawdopodobnie wspomnienia o wyjazdach, które już uskuteczniliście w swojej krótszej lub dłuższej karierze rodzicielskiej, masakrują Wasze głowy niczym młot pneumatyczny. Tymczasem zbliżają się ferie zimowe albo 85 urodziny babci Helenki na drugim końcu kraju.

Jest mus. Co robić?

Zachowajcie spokój. Przyda się by nie przeoczyć niczego, co pomoże Wam przetrwać. Zachowajcie jasność umysłu, bo niedobrze by było, gdybyście do najbardziej pożądanego przedmiotu, jakim jest tablet wypełniony bajkami, nie zabrali koniecznej ładowarki. OK, jest parę sztuczek, które pozwolą Wam wyjść z twarzą z opresji i nie spowodują, że po podróży sumienie nie da Wam zasnąć przez połowę urlopu. Tablet możecie odłożyć na czarną godzinę. Wyciągniecie go, gdy wszelkie pozostałe możliwości pacyfikacyjne osiągną status podobny do Waszego: wyczerpanie. Zatem wiecie już, że podróżowanie samochodem z dzieckiem podzielić można na dwa etapy:

– etap pierwszy: „przed tabletem”
– etap drugi: „dłużej się nie da…”

Skupmy się na pierwszym z nich, gdyż dla Waszego dobra (Waszego, nie dziecka, bo ono chce tablet) im dalej zajedziecie bez tabletu, tym większą zachowacie wiarę we własne moce rodzicielskie.

Czego Wam potrzeba?

– Jeśli nie możecie podróżować nocą, starajcie się wyjechać jak najwcześniej rano i pozwólcie sobie na częste postoje. Dziecko nierozprostowane i niewybiegane oznacza kłopoty.

– Zadbajcie o bezpieczeństwo. Nie chodzi tu tylko o upewnienie się, że macie pod ręką swoje krople uspokajające, ale przede wszystkim o to, by malec siedział prawidłowo zapięty w foteliku a w jego otoczeniu, w tym również na półce z tyłu samochodu, nie było nic, co mogło by mu zagrozić w razie gwałtownego hamowania. Koniecznie zabezpieczcie przed otwieraniem drzwi od strony dziecka. Te klamki naprawdę kuszą, gdy wokół nie ma nic ciekawszego.

– Wskazane jest wszystko, co zwiększy dziecku komfort i wygodę. Miękki zagłówek i kocyk przydadzą się podczas drzemki a w słoneczne dni osłonka na okna sprawi, że jedno z Was nie będziecie musiało zdejmować z siebie t-shirtu, dekoncentrując tym samym kierowcy. Przydatnym może okazać się również dodatkowe lusterko wsteczne, byście mogli obserwować dziecko i bawić się z nim w głupie minki. Znamy rodziców, którzy podróżują z nocnikiem / tyci-kibelkiem. My zawsze wybieraliśmy metodę: „eeetam, na pewno wytrzymasz jeszcze trochę, już niedługo stacja!”. Jest jeszcze kwestia temperatury w samochodzie. O ile nie podniesie się ona w wyniku Waszych buzujących emocji, należy mieć ją pod kontrolą. Latem nie nadużywajcie klimatyzacji, zaś zimą nie przesadzajcie z ogrzewaniem. Niby oczywiste, a po kilkudziesięciu kilometrach jazdy zdarza nam się zdrowy rozsądek odłożyć na bok w imię chwilowej ulgi graniczącej ze stanem nirwany.

Nie znacie dnia ani godziny…

– Jeśli Wasz VIP-pasażer nie wyrósł jeszcze z wieku niemowlęcego, wiecie dobrze, że absolutną koniecznością jest zabranie do podręcznej WALIZKI, którą wciśniecie pod nogi (byle nie kierowcy) wszystkich klamotów, takich jak pieluszki, pudry, folia do przewijania i tym podobne oczywistości. Jeśli maluch jest już kilkulatkiem, świetnie sprawdzi się w podróży kubek-niekapek lub kilka butelek wody mineralnej z ustnikiem. Zapewnijcie dziecku przekąski, które nie obciążą mu żołądka a Wam pozwolą uniknąć nerwowego zerkania na stan tapicerki. Pokrojone owoce, herbatniki, paluszki? jak najbardziej. Czekoladowego snickersa możecie kupić dla siebie i zjeść na stacji paliw w toalecie. Warto potem zrzuć miętową gumę (uwaga, będziecie musieli robić balony przez najbliższą godzinę), bo inaczej narazicie się na „pachnie czekoladą, ja chcę czekoladę!”. Bez względu na wiek VIPa, zawsze zabierzcie dlań ubrania na zmianę i paczkę chusteczek nawilżanych. Nie znacie bowiem dnia ani godziny…

Dwoić się i troić – oto jest zadanie

– Aby podróż nie dłużyła się w nieskończoność potrzebujecie wspomagaczy. Nie, nie chodzi o butelkę czerwonego wina. Chodzi o to, że nie możecie żyć w iluzji. Nie uda Wam się nawet 1/10 trasy spędzić na spokojnej rozmowie o planach na przyszłość i słuchaniu Jimiego Hendrixa. MUSICIE dwoić się i troić, by słowo „nuda” nie padało z VIP-owskich ust częściej niż 2-3 razy na kwadrans. Jeśli to się uda, napiszcie poradnik dla utrudzonych rodziców – zarobicie miliony! Z naszych doświadczeń, które wprawdzie nadal nie pozwalają nam na zakup luksusowego jachtu, warto zaopatrzyć się w niezbędne gadżety. To absolutny must have dla rodziców, którzy chcą przetrwać podróż!

Przygotujcie nową zabawkę, która na dłużej przykuje uwagę dziecka. Nie musi to być zestaw LEGO Star Wars za 480 zł (ten pomysł zostawcie na drogę powrotną), wystarczy jakiś drobiazg. Kredki i gruby notesik, puzzle z pudełkiem, tabliczka-znikopis, lornetka do obserwacji świata za oknem (i czubka własnego buta), książeczki i mapy do śledzenia trasy (odpada jeśli maluch ma chorobę lokomocyjną), jojo, walkie-talkie i kilku ulubionych żołnierzyków (podobno dziewczynki wolą Barbie – nie wiemy, musimy wierzyć na słowo).

Kiedy już zbliżycie się do granic szaleństwa na skutek miliona zadanych zagadek, opowieści śmiesznej treści (u nas to prawdziwy hit) i zabaw słownych, podczas których wszyscy tak świetnie się bawicie… zlitujcie się drodzy Rodzice (nad sobą), dajcie dziecku wreszcie ten tablet! 😉

 

TO RÓWNIEŻ MOŻE CI SIĘ SPODOBAĆ

2 Komentarzy

  • Aśka

    Dobrze powiedziane! podróżowanie z dziećmi to prawdziwa szkoła przetrwania i w pewnym momencie dla świętego spokoju wszystkie chwyty dozwolone!:p

    Styczeń 18, 2018 - 8:49 am
    • Motorodzinka.pl

      Otóż to 😉 wszyscy mamy swoje granice wytrzymałości, prawda? 😉 Pozdrawiamy wszystkich utrudzonych podróżujących! Przetrwamy to ! 😀

      Styczeń 18, 2018 - 8:59 am

Zapraszamy do komentowania :)

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.